piątek, 20 stycznia 2012

Sztuka relaksu

Niezwykle szybkie tempo życia, praca nad wieloma projektami jednocześnie, panowanie nad sprawami domowymi, przeskakiwanie z jednej sprawy na drugą – wynikające nie tyle z naszej chęci co z życiowej konieczności oraz ogromna ilość informacji jakie do nas docierają, powoduje, że żyjemy w nieustannym stresie. Nawet jeśli nie jest to stres permanentny, to jednak pojawia się przy niemal każdym zadaniu. Oczywiście stres obniża naszą sprawność, sprawia kłopoty ze snem oraz nie pozwala nam cieszyć się życiem.
Skoro tak, to wielkim wyzwaniem dla nas jest nauczenie się relaksu. Opracowanie dla siebie jakiś technik, metod szybkiego doprowadzenia się do stanu odprężenia, pewnego „wyczyszczenia” umysłu i rozluźnienia mięśni.
Moja metoda, jaką stosuję na co dzień, zarówno w pracy jak i w domu, czy jakiejkolwiek innej sytuacji oparta jest o zasady jogi. Można się zrelaksować, przy odrobinie wprawy, w kilka minut.
Metoda ta składa się z dwóch elementów.
Pierwszy to świadomy oddech.
Usiądź wygodnie, jeśli nie jest to możliwe, to stań w wygodnej pozycji. Oczywiście, jeśli jest to możliwe, to można się położyć. Metoda ta sprawdza się dobrze, przy problemach z zasypianiem.
A teraz oddychamy. Wdech przez nos, wydech prze usta. Postarajmy się oddychać przeponą, „z brzucha”. Ważnym elementem tego ćwiczenia jest myślenie o oddechu. Myślimy, o tym jak wciągamy powietrze i jak je wydychamy. Wyobraźmy sobie jak to powietrze przepływa przez nasz organizm. Myślmy o tym przy każdym oddechu.
Drugi element to wizualizacja. Pomyślmy o czymś przyjemnym. Góry, strumyk, brzeg morza, śpiew ptaków. Myślmy o czymś, co sprawia nam przyjemność i relaksuje nas. To myślenia powinno być bardzo intensywne, prawie namacalne. Oczywiście potrzeba trochę wprawy.
A teraz połączmy obie te techniki. Oddychając i myśląc o oddychaniu, jednocześnie gdzieś w tle, wizualizujemy te miłe dla nas obrazy.
Wystarczy kilka minut, żeby poczuć się zrelaksowanym.
Często stosuję tę technikę, gdy nie mogę zasnąć. Wtedy oddychając, myślę o białej ścianie. Po kilku minutach zasypiam.

wtorek, 3 stycznia 2012

Przymus wyboru

Kilka tygodni temu podjąłem decyzję o tym, że będę biegał, tak „dla zdrowotności”. Oczywiście, zgodnie z duchem czasu, pierwszym krokiem było przejrzenie internetu w poszukiwaniu wskazówek, no i oczywiście gadżetów „prawdziwego” biegacze. Następny krok to konsultacje. Szczęśliwie złożyło się, że w gronie znajomych znajduje się maratończyk. Uzbrojony w całą tę wiedzę i wskazówki, rozpocząłem wytyczanie tras. Mówię tras, gdyż zgodnie z zaleceniami, co kilka tygodni, tras biegu ma się zwiększać. Zatem przy pomocy google i gps (bieganie bieganiem, a gadżety trzeba mieć),  wyznaczyłem trasy i to niestety był koniec tej części przyjemniejszej. Niestety następnym krokiem było już samo bieganie. Decyzja podjęta, znajomi trzymają kciuki, a mnie biegać się nie chce. I pierwszą walkę musiałem stoczyć wstając rano z łóżka z zamiarem biegania.
Rozważałem różne opcje przesunięcia w czasie tego nieprzyjemnego momentu. Zawsze można jakoś przed znajomymi się wytłumaczyć, a przed sobą specjalnie tłumaczyć się nie trzeba.
Ostatecznie, wytykając sobie lenistwo, brak konsekwencji, zniewieściałość i dużo innych spraw,   o których trudno mówić publicznie, wstałem.
W czasie biegu okazało się, że wyobrażenie o własnej kondycji nieco rozmija się z rzeczywistością i ponownie pojawiło sie pytanie, czy przypadkiem nie należałoby zakończyć całej tej imprezy.      I tym razem „męstwo bycia” wzięło górę.
Niestety, to nie był koniec moich zmagań. W czasie całego, niezbyt długiego dystansu, liczącego zaledwie 1500 metrów, kilkakrotnie pojawiała się chęć wycofania się z tej imprezy.
Kiedy wreszcie dobiegłem do bramy domu, poczułem dumę zwycięstwa, by po dwóch dniach, przeżywać wszystko to ponownie. Mijają tygodnie i jedyne co się zmienia, to momenty, w których pojawiają się wątpliwości. Ostatecznie, to bieganie poprawia kondycję.
Biegnąc dzisiaj rozmyślałem, że w gruncie rzeczy, całe życie składa się z wyborów. Każdego dnia, każdej chwili musi podejmować ciągle tę samą decyzję. Przy każdej trudności, przy każdej „pokusie”, przy każdej pojawiającej się chwili słabości, musimy dokonać ponownego wyboru. Kilka lat temu moja asystentka powiedziała: „Andrzej, to nic, że musiałam dzisiaj przyjść na ósmą. Najgorsze jest to, że będę musiała robić to, przez następne 40 lat”.
Zasadniczo nie interesuje się poezją, ale w tym miejscu bardzo pasuje cytat z Lieberta:
„Jedno wiem, i innych objawień
Nie potrzeba oczom i uszom –
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę.”
W Nowym Roku życzę i Wam i sobie, żebyśmy umieli wybierać.